Każdy, kto wybiera się do Peru, wcześniej czy później usłyszy o chorobie wysokościowej. Bez problemu można znaleźć encyklopedyczne informacje na temat tej przypadłości. Ale jak to wygląda w praktyce? Czy to jest groźne? Czy naprawdę trzeba się obawiać?

Zacznę od tego, że choroba wysokościowa, w krajach andyjskich nazywana soroche, nie jest jedną konkretną dolegliwością. Warunki panujące na dużych wysokościach powodują, że przybywający z terenów nizinnych turyści mogą odczuwać dolegliwości, takie jak: osłabienie, ból głowy czy brak apetytu. Dlatego ważna jest stopniowa aklimatyzacja. Indianie od wieków żują liście koki, aby złagodzić skutki soroche. Najlepsze, co może zrobić gringo, to naśladować tubylców. Jeśli jedziesz z biurem podróży, to w czasie wycieczki zawsze jest czas na zakup woreczka świeżych liści koki do żucia. Ponadto, przewodnik pokaże, jak te liście należy żuć. Można też pić herbatkę z suchych liści, zwaną mate de coca. W większości hoteli przy recepcji znajdziemy termosy z gorącym wywarem. Warto korzystać, chociażby dlatego, że w Polsce taki wywar byłby nielegalny, podobnie jak same liście koki. Jeśli ktoś woli tabletki, to w Peru dostępne są tzw. soroche pill. Można je kupić już na początku podróży i mieć w pogotowiu, tak na wszelki wypadek. Jako środek przeciwbólowy sprawdza się panadol. W ostateczności, gdyby ktoś naprawdę źle się czuł, w autobusie i w hotelach zawsze jest butla z tlenem. Choć tlen nie rozwiązuje problemu choroby wysokościowej, to jednak doraźnie bardzo pomaga.

Chciałbym też wspomnieć o innych dolegliwościach, które mogą się pojawić w czasie podróży. Ponieważ w Ameryce Południowej żołądek musi się przyzwyczaić do innej flory bakteryjnej, mogą wystąpić objawy zatrucia pokarmowego. Często turyści upatrują źródła wszelkich dolegliwości w chorobie wysokościowej, bo faktycznie objawy nakładają się na siebie i trudno je rozróżnić. Już kilka razy zdarzyło mi się, że uczestnik wycieczki skarżył się na soroche, a po krótkiej rozmowie doszliśmy do wniosku, że ma zwykłe problemy żołądkowe. Wystarczyło odstawić świeże owoce i ciężkostrawne pokarmy oraz zażyć nifuroksazyd i już następnego dnia wracała chęć do życia i zwiedzania.

Podsumowując, nie taki diabeł straszny, jak go malują. Najstarszy uczestnik prowadzonej przeze mnie wycieczki do Peru miał 85 lat!