Przeczytałem właśnie dowcip, który krąży po internecie w Argentynie. Brzmi mniej więcej tak:

Niedawno zapytałem córeczkę znajomych kim chce być, jak dorośnie. Odpowiedziała, że któregoś dnia chciałaby zostać prezydentem. Jej rodzice, oboje „kirchnerista” (od lewicujących prezydentów Argentyny Nestora i Cristiny Kirchner), byli obecni, a ja pytałem dalej: „kiedy zostaniesz prezydentem, co najpierw chciałabyś zrobić?” Odpowiedziała bez wahania: „chciałabym dać jedzenie i schronienie biednym”. Dumni rodzice mieli promienne uśmiechy i pochwalili córkę za tak szczytny cel.

A ja powiedziałem: „żeby to zrobić nie musisz czekać, aż zostaniesz prezydentem. Możesz przyjść do mojego domu, skosić trawnik i powyrywać chwasty. Zapłacę ci za to 100 peso. Pójdziemy do supermarketu w mojej dzielnicy, tam zawsze jest jakiś żebrak. Dasz mu 100 peso, żeby mógł sobie kupić jedzenie i zacząć oszczędzać na mieszkanie”. Dziewczynka zastanawiała się przez kilka sekund, a potem patrząc mi w oczy, zapytała: „a dlaczego ten żebrak sam nie pójdzie popracować, a wtedy zapłacisz bezpośrednio jemu?”
„Dobre pytanie. Witamy w opozycji” – odpowiedziałem.

A rodzice do tej pory ze mną nie rozmawiają…